Strefa Społeczna

now browsing by category

 

Kolega nie tylko ze szkolnej ławy

2013-05_zaproszenie-internet Album Maciej

poniżej

– wspomnienie napisane na prośbę Wspólnoty Polskiej do Albumu „Moim Powołaniem Jest Służba Publiczna ”  rzecz o Macieju Płażyńskim

 

 .DSC_1043 DSC_1044 DSC_1046 DSC_1047 DSC_1048 DSC_1049 DSC_1050

DSC_1093

DSC_1097DSC_1095DSC_1094

Od góry:

Zdjecie 1 i 2 Maciej Płażyński i koledzy z LO Pasłęk ( miasta zasiedlonego przez deportowanych- przesiedlonych z kresów wschodnich.

1. od lewej : Marian Oskroba, Maciej Płażyński, Michał Szostakowski, Jan Baranowski i Grzegorz Chodnikiewicz ( na wycieczce klasowej 75 rok )

2. studniówka Macieja: od prawej: Maciej Płażyński, Marian Oskroba, Jan Baranowski, Grzegorz Chodnikiewicz ( LO  Pasłęk )

3 przyszli członkowie Spółdzielni Świetlik:  „pasłęcki desant”  ujawnili się i wyszli z lasu w roku 75 po drodze zbierając grzyby. Dzieci  Żołnierzy Wyklętych ZWZ i AK  Dywizji Wileńskiej.

od lewej: Adam Chodnikiewicz, Józef Staszewski ( Biały), Tomasz Chodnikiewicz,(Chodnik), Janusz Starzyński ( lasy iławskie )

4.przyszli budowniczowie Spółdzielni Świetlik planują  desant na Gdańsk ( VII 1976):od lewej:Janusz Starzyński,Józef Staszewski( Biały ), Tomasz Chodnikiewicz ( stare miasto w Pasłęku . Na zdjęciu w tle  odbudowany ratusz i kościół

5. ” Desant ” już w Gdańsku( marzec 1980 ) przygotowanie do akcji ” wybory do sejmu i rad narodowych „. Od lewej: Tomasz Chodnikiewicz, Janusz Starzyński, Józef Staszewski, Jan Hryniewicz  ( Sopot molo – omawiamy technikę oddania głosów wyborczych za pomocą naklejek z butelek Full elbląski )

6. spacer po sopockiej plaży ( marzec 80 ) : wietrzenie umysłów przed wyborami. Od lewej : Janusz Starzyński, Barbara Zalewska- Chodnikiewicz( serdeczna koleżanka Macieja z klasy LO w Pasłęku), Józef Staszewski ( Biały )

7. Pasłęcka grupa desantowa po wyborach ( marzec 80) : od lewej góra: Tomasz Chodnikiewicz, Hryniewicz Jan, poniżej Józef Staszewski, Janusz Starzyński, Adam Chodnikiewicz

8. marzec 80 : polski świniak zaangażowany przez studentów do zobrazowania  trwających wyborów w Gdańsku. ( świnie , koryto , partia )

9.10.11  to już stan wojenny 82 rok. spotkania mieszkańców Gdańska pod Brygidą u prałata Henryka Jankowskiego (późniejszego „spowiednika i dyżurnego kapelana” Spółdzielców )  i rodzinne spacery po Gdańsku i Wrzeszczu.

– wspomnienie napisane na prośbę Wspólnoty Polskiej do Albumu „Moim Powołaniem Jest Służba Publiczna ” rzecz o Macieju Płażyńskim

Tomasz Chodnikiewicz.

 

             Nasze losy splotły się już z początkiem lat 70., kiedy Maciej zaczął uczęszczać do LO
w Pasłęku . On już wtedy grał w piłkę nożną a ja w koszykówkę. Chodził do jednej klasy z  moim starszym bratem Grzegorzem. Był koleżeński i można było na nim polegać zarówno w  sprawach wydarzeń klasowych jak i sportowych. Najbliżsi koledzy pamiętają go z tamtych lat  przychodzącego do szkoły z teczką i przeglądem sportowym pod pachą. W roku 1978  spotkaliśmy się na nowo w Gdańsku, teraz jako studenci UG. Maciej przyjechał do Gdańska po rocznym pobycie w Nowej Hucie gdzie poznawał rzeczywistość życia polskiego  
robotnika-hutnika. Jeżeli dobrze pamiętam, to rozpoczęte w Gdańsku studia prawnicze były  echem przeżyć z Nowej Huty, a w szczególności upodlenia ludzi i sprowadzenia robotników  do roli niewolników ówczesnych właścicieli Polski Ludowej – notabli PZPR. Ze względu na  oszczędny sposób wyrażania przez Maćka swych myśli, mogę się tylko domyślać, że poprzez  poznanie prawa chciał w przyszłości pomagać robotnikom w ich sprawach. Maciej zachował swą miłość do piłki nożnej i nadal w nią grywał, teraz już w AZS UG, a ja dalej w kosza, również w AZS Gdańsk.

 

             Oprócz zamiłowania do sportu bardzo zbliżyła nas praca w studenckiej spółdzielni  pracy Techno-Service. Pracowaliśmy w różnych zakładach, często w ekstremalnych  warunkach: czyściliśmy zenzy-komory wypornościowe statków oceanicznych, myliśmy okna  biurowców zakładów przemysłowych, kotłowni, odlewni, widzieliśmy miejsca pracy i ludzi  zniszczonych wyziewami chemii oraz ich cierpienie. My pracowaliśmy tam 2-3 miesiące, oni  często całe życie.

 

             Już wówczas zaczęła się krystalizować się brygada przyszłych założycieli spółdzielni  „Świetlik”: Roman Rojek, Jarek Czarniecki, Irek Gust, Stasiek Marciszewski, Marek Kotlarz,  Jurek Hall i piszący te wspomnienia. Szybko przeszliśmy na bardzo „indywidualny” tok studiów gdyż praca i inne dodatkowe zajęcia pochłaniały nam mnóstwo czasu.

 

             Wypracowywane środki pozwoliły dosyć szybko uniezależnić się od finansów rodziców i  dały możliwość realizacji różnych poczynań. Maciej, wchodząc coraz głębiej w środowiska  gdańskiej opozycji młodzieżowej, spotkania „Na Górce” u Dominikanów u Ojca Sławomira,  zapraszał mnie do swego świata, a ja pokazywałem mu swój świat: akademików na osiedlu  Polanki, tętniących wówczas pełnią studenckiego życia, a także dzieliłem się  doświadczeniami z licznych jak na tamte czasy wyjazdów do NRD i RFN z akademickim  teatrem LOGOS, a ponadto wyjazdów indywidualnych, w które wplotłem studia na uczelniach w Bremen i Wuerzburgu, które miały później służyć również naszej zawiązanej w 1983 roku Spółdzielni.

 

             Maciej był i pozostał człowiekiem wolnym od uzależnień materialnych. Pieniądze były dla niego zawsze środkiem do realizacji wytyczonych planów. Był człowiekiem na pozór  bardzo twardym, ale w istocie bardzo wrażliwym na cierpienie i krzywdę ludzi.  Pracowaliśmy na terenie całej Polski i dla wszystkich gałęzi przemysłu. Poznał więc   życie w różnych zakresach i od podszewki, warunki pracy i warunki socjalne polskich  robotników różnych zakładów przemysłowych: polskich hut, kopalni, stoczni, przemysłu  bawełnianego, przemysłu mięsnego
i wielu innych.

 

             Zarządzał spółdzielnią, która w roku 1988 zatrudniała już ok. 300 osób na etacie i drugie tyle na zlecenie. Ogarniał pracę siedmiu oddziałów spółdzielni założonych na prośbę ludzi opozycji wyrzuconych z pracy przez służby bezpieczeństwa. Spółdzielnia miała więc  filie w: Katowicach, Krakowie, Dzierżoniowie Śląskim, Warszawie, Rzeszowie. A jednak  znajdował czas na sprawy prywatne pracowników spółdzielni i ich rodzin. Pracownicy firmy,  pomimo wielu rodzących się konfliktów, stanowili dla niego jedną wielką rodzinę. Twardy dla siebie miał serce dla innych. Był jednym z tych, którzy uważali, że jeżeli chce się walczyć z komuną i o sprawy innych ludzi, to trzeba być człowiekiem wolnym od wszelkich uzależnień w tym od bólu, cierpienia, zimna i od pieniądza. Z łatwością dostosowywał się do mieszkania w warunkach zimowych w prymitywnych domkach campingowych AKM – Górki Zachodnie w Gdańsku (gdy nie uzyskał miejsca w akademiku), a w kolejnym okresie w Hotelu Heweliusz.

 

             Jako Prezes spółdzielni „Świetlik” pracował fizycznie do roku 1985. Swobodnie poruszał się na różnych wysokościach, nawet do 200 metrów. Jako jeden z pierwszych opanował techniki alpinistyczne i doskonale sobie z nimi radził na zleceniach. Z pełną  odpowiedzialnością chciałbym tu podkreślić, że Maciej, kiedy pracował na tzw. „zleceniach”,  to pracował za trzech i był jednym z najszybszych i najlepszych pracowników, w  przeciwieństwie do wielu kolegów opozycjonistów przyjętych w późniejszym okresie do  spółdzielni, którzy przyszywają Maciejowi łatkę niezaradnego w pracy fizycznej humanisty.

 

             W okresie stanu wojennego i później Maciej zarządzał spółdzielczą tajną kasą, mającą  na celu pokrywanie kar wyznaczanych przez opłaty kolegia ds. wykroczeń, kiedy kolegów
i  pracowników zamykano na 48 godzin; na dofinansowanie rodzin internowanych, adwokackie  honoraria, działalność wydawniczą różnych ugrupowań. W czasach Spółdzielni myślał o  wszystkim i o wszystkich. Jednym z jego pomysłów było utworzenie przy spółdzielni spółek  prawa handlowego, których część dochodów przeznaczona miała być na finansowanie  podziemnej działalności środowisk liberałów skupionych wokół pisma „Przegląd Polityczny”  i wywodzącego się z RMP środowiska konserwatystów wydających „Politykę Polską”. Nie o  wszystkim wiedzieliśmy, bo i bezpieczniej było nie wiedzieć na wypadek wpadki.

 

             Maciej scalał wszystko. Miał wszystko w głowie, komu pomagamy i kogo  finansujemy, a takich inicjatyw było sporo, nie tylko o charakterze politycznym. Spółdzielnia  finansowała budowę pomnika Jana Piwnika „Ponurego”, wspierała hospicjum, otoczyła  opieką dom dziecka na gdańskiej Oruni, a takich inicjatyw było znacznie więcej. Maciej kieszenie miał zawsze wypchane niezliczonymi karteczkami z zapisanymi  konspiracyjnym maczkiem skrótami informacji, które pomagały mu funkcjonować i  zarządzać firmą. Był prawdziwym społecznikiem i własne potrzeby traktował jako rzecz  drugorzędną. Takich miał też partnerów wśród założycieli spółdzielni „Świetlik”. Wtedy  najważniejsza była walka z komuną o przyszłą Polskę, a spółdzielnia to umożliwiał  pozwalając uniezależnić się finansowo. Byliśmy gotowi dzielić się wszystkim i ze  wszystkimi, którzy do nas przychodzili, by wraz z nami tworzyć fragmenty rzeczywistości  wolnej od chorego dla nas systemu wartości, absurdów i zakłamania. Warto podkreślić, że  większość z założyciel spółdzielni miała swe korzenie rodzinne gdzieś na kresach wschodnich  (Maciej aż we Lwowie) i sprawy deportacji, Syberii, mordów katyńskich czy Miednoje były  dla wielu z nas wyssane z mlekiem matki, stanowiły istotę europejskich stosunków. Bez wyjaśnienia i jasnych deklaracji, trudno dla nas było widzieć prawdziwą demokrację.

 

             Bibuła, podziemne wydawnictwa, towarzyszyły nam bez przerwy już przed sierpniem 1980 roku. Okres między sierpniem ’80 a 13 grudniem ’81 minął jak jeden dzień. Byliśmy
z  pewnością silniejsi i lepiej zorganizowani poprzez struktury NZS. Stan wojenny wprowadził  nakaz opuszczenia akademików i rozjechania się do domów. Wjazd do Gdańska wymagał  specjalnego zezwolenia, jak zresztą i przemieszczanie się po kraju.

 

             13 grudnia zastał mnie, wraz z akademickim teatrem Logos, w Holandii. Przez cały tydzień nie chcieli nas wpuścić do kraju, a ambasada w Kolonii poinformowała, że w Gdańsku mają wystarczająco dużo problemów z tymi, co są na miejscu, więc nie musimy się śpieszyć
z  powrotem do Polski i Gdańska. Pomimo ponętnych ofert w Holandii i landu Bremen  wróciliśmy wszyscy, oprócz nadzorującej nas przedstawicielki SZSP. Maćka odnalazłem natychmiast i zdążyliśmy jeszcze razem zaliczyć manifestacje w ostatnim  dniu trzydniówki, kiedy to zadymieni i zaczadzeni zostaliśmy odcięci na moście błędniku  przy dworcu przez siły ZOMO i musieliśmy skakać z mostu na tory. Potem nasze „zaprawy”  z pracy na konstrukcjach i wysokościach miały nam się przydać jeszcze wiele razy.

 

             Pomimo policyjnego zakazu zostaliśmy oczywiście w Gdańsku, mieszkając gdzie kto mógł. Wolny od zajęć czas poświęcaliśmy na ciąganie sanek i przenoszenie plecaków
z  kolportażem podziemnych wydawnictw i alarmowe przerzuty sitodruków i innych podobnych  urządzeń. To w tym okresie jeszcze bardziej zbliżyłem się z Maciejem, Romanem Rojkiem,  Markiem Kotlarzem i Jurkiem Hallem, Irkiem Gustem i chłopakami z NZS-u, Tomkiem  Matulańcem, Jackiem Siwickim, Jackiem Cesarzem. Nie opuszczaliśmy żadnej rocznicy z  kalendarium Wolnej Polski uczestnicząc w zadymach, które najczęściej prowokowała  bezpieka. W przerwach znalazł się czas na gitary, dziewczyny i śpiew w nielegalnie  zamieszkiwanych, za cichą zgodą portierek i kierowniczek akademikach.

 

             Na spotkanie z Papieżem Karolem Wojtyłą w stanie wojennym w 82 pojechaliśmy  większą reprezentacją środowiskową z Gdańska. Zaliczyliśmy Częstochowę, Kraków i  Poznań. Jednak ze względu na realia transportowe i łapanki policyjne dotrwaliśmy do końca  ale zdziesiątkowani i w znacznie mniejszym składzie. Tym nie mniej transparent Gdańsk z  biało czerwoną flagą nad „k” był na czele każdej manifestacji, które stały się regułą na  zakończenie każdego spotkania z Papieżem w poszczególnych miastach. Do ostatniego dnia  pielgrzymki dotrwaliśmy tylko z Józkiem Białym, którego już wyrzucono z marynarki  wojennej i mógł wziąć udział w pielgrzymce środowiskowej.

 

             Nadszedł rok 1983. Stan wojenny trwał, a my nadal byliśmy wolni. Część z nas pospieszyła się, i jak Pan Bóg przykazał, zakończyła studia, a potem założyła rodziny.  Niektórzy byli asystentami na UG, ale z czegoś trzeba było się utrzymać. Inicjatywę przejął  Roman Rojek i Maciek Płażyński, a my zaakceptowaliśmy pomysł samodzielności  gospodarczej. Potrafiliśmy już dość dobrze myć okna i różne przeszklenia, takie jak świetliki,  Byliśmy gotowi, potrafiliśmy walczyć  z rdzą i komuną (co, w gruncie rzeczy, było tym  samym – niszczyło). Przetrwaliśmy stan wojenny, więc i z tym wyzwaniem mieliśmy szansę  sobie poradzić. Nikt z nas nie wyobrażał pracy w tzw. zakładach „pożalsięboże”  państwowych. Dwaj nasi prawnicy, jeden pełen a drugi jeszcze nie ( tj Roman i Maciej )przygotowali całą koncepcję prawną i papiery rejestrowe, i tak czerwcu 1983 roku  zarejestrowaliśmy spółdzielnię pod nazwą „Świetlik”.

 

             W kraju i społeczeństwie pogrążonym w chaosie i beznadziejności zaczęliśmy  tworzyć własny świat. Włożyliśmy w ten świat, który nazywał się „Świetlik” poczucie  niezależności, wolności, godności człowieka kimkolwiek on był, bezpieczeństwa i  odpowiedzialności za własne życie. Nikt, kto przewinął się przez ten nasz świat, nie pozostał  obojętny na to, co tam przeżywał. Spółdzielnia była naszym Domem, naszym azylem. Każdy,  kto w nim zamieszkał nosi do dziś piętno tej Wspólnoty, którą aż do roku 1990 zarządzał i  kierował Maciej.

 

             Bywało różnie, nie zawsze różowo i łatwo, zwłaszcza na początku. Brakowało sprzętu  alpinistycznego, ale kowale stoczniowi na prośbę Macieja produkowali nam z prętów  stalowych sprzęt do zjazdów i podchodzenia. Słynne ławeczki bosmańskie robiliśmy sami.  Pamiętam radość Maćka, gdy latem 1984 roku wróciłem z kolejnego pobytu w Bremie i  przywiozłem prezenty od sympatyków naszej spółdzielni, naszych rówieśników Niemców, a  co zabawne, jednocześnie socjalistów i komunistów, którzy pilnie przyglądali się  wydarzeniom w Polsce, a przeze mnie rozwojowi naszej Spółdzielni. Były to dwa komplety pełnego rynsztunku alpinistycznego wraz z „ dupołapami ”najlepszych marek europejskich  Stubai i Petzel. Maciek wiedział natychmiast, co z tym zrobić. Następnego dnia zamienił te rarytasy na odpowiednio większą ilość używanego sprzętu alpinistycznego, tyle że czeskiej  produkcji. Ale wreszcie zaczynaliśmy wyglądać w pracy jak prawdziwi alpiniści.

 

             Przybywało zleceń, przybywało pracowników, przybywało spraw do załatwienia. Ale  bez względu na wszystko Maciej nadal kopał piłkę, a czasami, dla urozmaicenia, rzucał ze  mną i z Jurkiem Hallem do kosza. Firma się rozwijała a Maciej jeździł po całej Polsce  negocjując kontrakty lub też „gasząc pożary” społeczne i polityczne rozniecane przez naszych  kolegów na zleceniach w całym kraju. Były to różne sprawy i wymagały różnych interwencji. Dla interwencji prostych gdzie sytuacja wymagała wsparcia prowadzących zlecenie lub do zapanowania nad rozchwianym zespołem, (Zakłady mięsne Lublin, Jaworzno, Akcja  Wschód, Zakłady Browarnicze, Warszawa Hotel Novotel, Braunschweig) miał Maciej zespół  interwencyjny spółdzielców z Pasłęka, piszącego te wspomnienia oraz najlepszego żołnierza pracownika spółdzielni, jakim był bez wątpienia Józef Staszewski, usunięty w stanie  wojennym z Marynarki Wojennej za wyrzucenie za burtę trałowca oficera politycznego. Ulubieniec wszystkich bez wyjątku Spółdzielców. Józek zwany Białym Maciek darzył Józka  sympatią, z pełną zresztą wzajemnością. Już w czasach gdy Maciej był wojewodą, a później  Marszałkiem, Józek, bywając przejazdem w Gdańsku dowiadując się, że Maciej może być w  domu, bez namysłu zarządzał zbiórkę aby jechać odwiedzić Elę i Maćka choć bywały to pory  późno wieczorne a nawet nocne. Dla niego nie miało to jednak znaczenia, dzwonił do drzwi  wołając: „Prezes, nie śpij, bo życie ucieka bokiem”. Józek pisał wiersze, które czytał tylko  wtajemniczonym między innymi Maćkow.

 

             Józek i Maciej, obaj opuścili ten świat. Józek był jak duże dziecko, kochał ludzi,  zwierzęta i nie akceptował krzywdy – zmarł 1 czerwca – w dzień dziecka. Maciej, walczący  całe życie o prawdę i lepszy świat, ginie w rocznicę i w miejscu upamiętniającym zbrodnie  NKWD i komunistycznej Rosji na Narodzie polskim. Czyżby Bóg, nawet w tak trudnych dla  nas ludzi do zaakceptowania sprawach, przekazywał w ten sposób prawdę o życiu?  Dwóch prawdziwych przyjaciół, ludzi o wspaniałych sercach…

 

             Chyba w styczniu, zaraz po meczu sylwestrowym padło hasło: jedziemy do Józka do  Pasłęka wypić z nim flaszkę. Maciek też miał jechać, ale sprawy rodzinne w Ornecie nie  pozwoliły. Pojechał wesoły autobus, pogadaliśmy nad jego grobem, pozdrowiliśmy go od  Prezesa, odwiedziliśmy jego 85-letnią Mamę (rodem spod Wilna) i wróciliśmy do Gdańska. Maciej zapisał się na następny wyjazd. Już nie pojedzie. Jego plany przerwały gwałtownie  złowrogie mgły rozścielone nad lotniskiem smoleńskim.

 

             Maciej nigdy nie zapomniał skąd się wywodzi. Pomimo licznych zajęć i napiętych  terminarzy każdego roku potrafił znaleźć czas na spotkanie swej dawnej paczki z LO Pasłęk  choćby na kilka godzin w drodze z Gdańska do Warszawy albo odwrotnie. On rozumiał, że  nie można w życiu zapominać o swoich korzeniach albo wręcz się ich wstydzić.  Był rok 85/86. Ludzie gdańskiej opozycji wyrzucani z pracy z Portu, Stoczni, Drukarni, Wydawnictw, Rafinerii, a nawet Policji i Bóg raczy wiedzieć skąd jeszcze walili do  Świetlika drzwiami i oknami. Najlepsze referencje dla Prezesa i Spółdzielców do przyjęcia kandydata od zaraz to policyjny „wilczy bilet”- zakaz pracy w zakładach jak już  wspomniałem „pożal się Boże” państwowych. A ponieważ 99,9% było państwowe więc  skazanych na nędzę i powolne unicestwienie lub skamlanie o przebaczenie i współpracę ze  służbami tzw. oczywiście „pożal się Boże” bezpieczeństwa. Im więcej nabazgrane w życiorysie  tym szybciej i łatwiej stawali się pracownikami Świetlika. I tu nastąpił pierwszy rozdźwięk w  naszej społeczności. W roku 86 po walnym zgromadzeniu, na którym przegłosowaliśmy  wniosek Maćka o otwarciu członkostwa dla większości nowo przyjętych pracowników  zasłużonych w walce z komuną nasze kręgi opuścił Roman Rojek ( późniejszy autor  dynamicznego rozwoju Grupy Atlas) – obok Macieja mózg i siła napędowa rozwoju Świetlika. Roman był za ograniczonym otwarciem i rozdawnictwem członkostwa co wiązało  się z prawem głosu i współdecydowania o dalszych kierunkach rozwoju i całej działalności. Z  perspektywy czasu kto wie czy nie miał racji ?? Roman odszedł a swoją porażkę na tym  walnym wybaczył Maciejowi dopiero po tragicznym i pełnym ”pomroczności jasnej”  wydarzeniu z 10 kwietnia. Towarzyszył swemu dawnemu przyjacielowi w Jego ostatniej Drodze…

 

             Środowisko Świetlika rosło a przed Maciejem stawało coraz to poważniejsze  wyzwanie, jak sprawić aby z tych wywrotowców często anarchistów niepodporządkowanych  żadnej władzy, ludzi wewnętrznie wolnych : obieżyświatów, żeglarzy mórz i oceanów,  alpinistów-himalaistów, buddystów, katolików, ateistów i mistyków uczynić sprawnie  działający organizm gospodarczy i społeczny. On to połączył. Połączył ogień i wodę. Przy  jednym garnku i „jednej” flaszce na zleceniach zasiadali przedstawiciele wszelkich stronnictw  politycznych reprezentowanych w ówczesnej Polsce podziemnej. Razem jedli, razem spali,  razem walczyli z brudem, kurzem i rdzą. Razem walczyli z komuną o nową rzeczywistość ……….

 

  Czy to już jest ta Polska i ta rzeczywistość, o którą walczył Maciej a my wraz z nim.? Czy to  nadal są ci sami ludzie zasiadający w ławach rządowych, ministerialnych, samorządowych, którzy byli we Wspólnocie Świetlika i mogli ogrzać się Jej ciepłem, czerpać z atmosfery  przyjaźni i solidarności, która prawdziwie gościła wśród tych, do których przyszli z prośbą o pomoc i która wtedy byli gotowi przekazywać dalej?

 

             W grudniu 85 zgłosiłem się do Prezesa po kolejnym powrocie z Niemiec- tym raz
z  Bawarii gdzie poznawałem przez 2 semestry Bayerische Maximilianus Uniwersitet
w  Wuerzburgu oraz mieszkańców najbardziej nacjonalistycznego, radykalnego katolickiego  landu, niechętnego wobec wszystkich obcokrajowców, gdzie jeszcze 170 lat temu padły  ostatnie ofiary świętej inkwizycji i skąd wywodził się Hitler. Obiecałem, że koniec z  wyjazdami, przechodzę na stały etat w Spółdzielni ( członek spółdzielni nie musiał być  pracownikiem etatowym) i uzgadniamy zakres obowiązków. Miałem się zająć rozwojem S-ni  w kierunku exportu oraz wspierać rozwój nowo powstających Zakładów –spółek Spółdzielni. Na początek jednak dla przypomnienia abecadła dostałem do realizacji 5c-io  miesięczny kontrakt na Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni. Kontrakt ten przekierowany  przez Macieja na spółkę zależną Corina miał na celu między innymi ustabilizowanie na  rynku naszej nowej spółki Corina otwartej jeżeli dobrze pamiętam dla Mlodopolaków.  Pojawiła się wówczas w gonie Spółdzielców, grupa kolejnej generacji opozycyjnej  młodzieżówki młodo polaków i cały hufiec Maciej wydelegował na to zlecenie.

 

            Antykorozja podnośnika okrętów oraz 4 dźwigów i potężnej suwnicy na hali  stanowiły nasze zadanie na Stoczni Mar. Woj. Na zatoce gdańskiej trwały manewry floty Układu Warszawskiego i do portu naszej Stoczni często zawijały okręty biorące udział w  manewrach. Któregoś dnia dostajemy wezwanie aby natychmiast bez względu na porę zjawić  się u dowódcy Stoczni. Okazało się, że flagowy okręt Rosyjskiej Floty pomimo stałych i  licznych wart został pomalowany na jednej burcie w ciapki przez nieznanych sprawców. Jako  że kolory ciapek i frędzli były identyczne z kolorem używanym przez naszych ludzi a i  przynależność światopoglądowa mogła wskazywać, na celowe działania Spóldzielców zostaliśmy posądzeni o dywersję polityczną.

 

             Na szczęście Dowódca Stoczni leczył zęby u zaprzyjaźnionej dentystki i chyba  bardziej bał się wizyt u niej w gabinecie niż skutków tej afery i skończyło się na wypiciu 2  butelek whiski i nakazie szybkiego usunięcia ciapek pochodzących faktycznie z farby którą  malowano dźwigi stojące wzdłuż tego okrętu a niesionej przez silny wiatr po całym nabrzeżu. Latem 86 S-nia staje przed innym wyzwaniem. Chodziło o uratowanie dysydentki litewskiej przebywającej na podstawie wizy tranzytowej w Gdańsku przed zesłaniem na  Sybir. Chyba na prośbę gdańskiego KIK-u Maciek wraz z najstarszym Kamińskim  Krzyśkiem- zwanym potocznie „Kochanieńkim” prowadzili ze Spółdzielcami stanu wolnego negocjacje, kto podejmie się zadania natychmiastowego zawarcia związku  małżeńskiego z Różą Satkunajtie uczestnikiem Ruchu Oporu z Wilna. Po rozważeniu  kilku kandydatów wypadło na piszącego te wspomnienia. Wymagało to akceptacji mojej  przyszłej żony Barbary ale przecież zostaliśmy powołani do wyższych celów.

 

            Niestety na termin ślubu ze względu na konieczność uzyskania różnych zaświadczeń pozwoleń dla obywatelki ZSRR musieliśmy czekać 30 dni. Prowadzeni poradami  Mecenasa Jacka Tajlora udało się przez 28 dni mylić pościg połączonych sił bezpieki  rosyjskiej i polskiej. Na 4 dni przed terminem ślubu Róża została zabrana ze szpitala w  Pasłęku pomimo protestów lekarzy pasłęckich. Lekarz wojewódzki z Gdańska wydał na Różę wyrok i zezwolił na zabranie Róży ze szpitala karetką pod opieką lekarza. Akcja  miała miejsce jak nakazuje tradycja bezpieki o 5 rano. Różę żegnał cały personel  szpitala i wielu mieszkańców Pasłęka. Nagłośnienie sprawy w Gdańsku spowodowało, że Róża nie trafiła do obozu na Syberii. Kary ograniczyły się do wyrzucenia z pracy w Wilnie i nakazu podjęcia pracy w szpitalu na prowincji pod Wilnem.

 

             W związku z planem utworzenia nowych miejsc pracy w formie oficjalnego  wydawnictwa dla kolegów drukujących w podziemiu a utrzymujących się jak i my z walki z  rdzą i kurzem zorganizowałem 7dniowy wyjazd do Niemiec aby wraz z Prezesem Maciejem  i Witkiem Merklem przyjrzeć się możliwością pozyskania odpowiednich profesjonalnych  urządzeń poligraficznych. Trasa wiodła przez Hamburg, Bremen do Wurzburga. Najowocniej  wypadła wizyta u ówczesnego menagera klubu Werder Bremen -Willi Lemke, naszego  cichego sympatyka kibicującego nam od momentu zarejestrowania Spółdzielni.  Przedstawiliśmy Willemu nasze nowe plany. Willi wykonał kilka telefonów .

 

             Pamiętam zdziwienie i podziw Maciej dla stylu pracy Willego. Prowadził z nami rozmowy, pił kawę pracując równolegle na trzech telefonach. Załatwiając od ręki wszystkie nasze  potrzeby oraz kontynuując swoje sprawy zawodowe. Ceny profesjonalnych urządzeń  poligraficznych nawet używanych okazały się na tyle wysokie, że nawet przy maxymalnych  upustach jakie mógł otrzymać Willi były to kwoty od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy  marek za sprzęt, który nas interesował. Były to na tamte czasy gdzie przeciętny Polak  zarabiał miesięcznie 30-50 DM ogromne kwoty nawet dla naszej Spółdzielni. Abyśmy mogli  szybko zarobić na ten sprzęt Willi wykonał kolejne telefony i po miesiącu 10-ciu  Spółdzielców pracowało w Bremen oczywiście z pominięciem Central Handlu Zagranicznego. Formalnie byliśmy tam na praktykach i szkoleniach zawodowych w nowych  technologiach budowlanych. Firmy dla, których pracowaliśmy formalnie płaciły nam za usługi marketingowe. Dla uproszczenia procedur rozliczeniowych rachunki były wystawiane  na miejscu i płacono gotówką. Byliśmy wolnymi ludźmi i łamaliśmy wszelki krępujące i niezrozumiałe dla nas zasady w tym życia gospodarczego.

 

             Dla przyspieszenia pozyskiwania środków za poradą Willego uruchomiliśmy również dział odzieżowy w formie składu celnego przy jednej ze spółek Świetlika „ Comex” z Bogdanem Wasilewko jako szefem s-ki. Za poręczeniem telefonicznym Willego otrzymaliśmy kredyty handlowe od ręki. Całość obrotu odbywała się bez żadnych umów. Otrzymywaliśmy towar wartości o wartościach od 10 do 100.000 DM za który mieliśmy zapłacić po sprzedaży. Jeżeli dobrze pamiętam już po 5-6ciu miesiącach od tego wyjazdu staliśmy się właścicielami
3 profesionalnych offsetów formatu A3, które stały się udziałem Ski Wydawnictwo Gdańskie Jurka Kowalskiego. Owocem tych wyjazdów było również  uruchomienie przy Spółce „Corina” importu i handlu urządzeniami typu Xero co w  tamtym okresie stanowiło zagrożenie dla sytemu komunistycznego gdyż umożliwiało powielanie druku bez kontroli i ograniczeń. Szybko opanowaliśmy sztukę zakazów i  ograniczeń imortu i sprzedaż wyremontowanych kopiarek również przyczyniła się do  wsparcia budżetu na zakup poważniejszych urządzeń poligraficznych.Wyjazd do Republiki Federalnej Niemiec podsumował Maciej krótką sentencją już w  drodze powrotnej. „Potrzeba trzydziestu lat aby nasze społeczeństwo dojrzało do takiej formy  organizacji życia społecznego i gospodarczego. Czeka nas jeszcze dużo pracy. Śpieszmy się.” Nasz Maluch nie chciał spieszyć się wraz z nami. Jechał ze swoją polska fabryczna  prędkością 115-120 z górki.

 

             W roku 1989 wraz z żona Barbarą ( pracownik i członek spółdzielni od 84) po kilku  rozmowach z Maciejem zrezygnowaliśmy z członkostwa i odeszliśmy z Spółdzielni ze  względu na różnice zdań z Radą Nadzorczą w kwestiach odpowiedzialności personalnej.  Maciej już wówczas rozumiał potrzebę zawierania kompromisów z samym sobą dla realizacji  celów nadrzędnych . Ja nie, odszedłem…

 

             Z Maciejem pozostawaliśmy w kontakcie we wszystkich kolejnych etapach jego działalności społeczno politycznej ale tylko na poziomie towarzysko rodzinnym i starej  wspólnoty Świetlikowej. Maciej i Ela w 94 podjęli się roli rodziców chrzestnych naszej córki  Magdy. Chrztu udzielał nasz Spółdzielniany kapelan świętej pamięci Prałat Henryk  Jankowski. Pomimo licznych obowiązków pamiętał o takich wydarzeniach jak 80-te  urodziny naszego wielkiego Przyjaciela z UG ulubieńca wielu pokoleń studentów Ekonomi i  Prawa wydziału sopockiego Profesora Jana Majewskiego znanego ogólnie pod konspiracyjną  ksywą „Docent”. Wiedzą, że utrzymałem z Janem dobry kontakt prosił o zorganizowanie  niekrepującego dla Profesora spotkania. Było to jedno z ostatnich naszych radosnych  wspólnych spotkań z Maciejem, Markiem Kotlarzem i Witkiem Merklem. Na początku tego roku chyba w przełomie stycznia i lutego odwiedził Polskę nas  serdeczny kolega Spółdzielca dziennikarz, pisarz i podróżnik Mariusz Wilk reprezentujący na  forum Świetlika sprawy środowiska opozycji Dolnego Śląska, a w szczególności powstania i  wspierania oddziału Spółdzielni dla dysydentów tego regionu. Zrealizowaliśmy to w roku  88/89. Do dnia dzisiejszego funkcjonujew Dzierżoniowie Śląskim pewna Firma, która jest  wynikiem 2 letniej kampanii i naszej współpracy : Macieja, Mariusza i piszącego te  wspomnienia. Przyjechali pożegnać Macieja do katedry Mariackiej, pamiętali co dla nich zrobił.

 

             Mariusz zamieszkujący aktualnie na pustkowiach nad jeziorem Onegin przyjechał z  serią odczytów na spotkania ze swoimi czytelnikami. Poprzez organizatorów poinformował  nas o swoim przyjeździe i szczęśliwie udało nam się spotkać u Macieja w domu wraz z  Piotrem Kapczyńskim i Krzyśkiem Frączakiem. Maciej opowiadał o sprawach polaków  potomków deportowanych, zesłanych i przesiedlonych do różnych regionów/republik  dawnego ZSRR. Mariusz przybliżał nam swoje przygody. Ciekawa sprawa. Obaj koledzy  trafili w ostatnim czasie do klasztoru w okolicy Irkucka gdzie od 10 lat przebywa po długiej  nieobecności były Lama tego klasztoru, który na wieść o wybuchu rewolucji październikowej  w 1917 roku polecił swoim uczniom zakopać go na okres 70 lat- aby uniemożliwić „braciom  komunistom” popełnienie grzechu mordu na nim- po czym pogrążył się w medytacji w której  trwa do dziś. Wykopano go z pewnym opóźnieniem i przyniesiono na powrót do jego pokoju  kontemplacji. Obaj koledzy Mariusz i Maciej mogli spędzić w tym pomieszczeniu jakiś czas  sam na sam z siedzącym nadal w pozycji kwiatu lotosu Lamą. Ela, która pełniła obowiązki  Pani Domu podczas naszego spotkania mówiła, że Maciej przyjechał pod wielkim wrażeniem  tego przeżycia w klasztorze. Wspominał o tym w 5 kolejnych dni co u Macieja było rzeczą  niewyobrażalną. A ja tak sobie myślę, że dobry Bóg chciał go przygotować na 10 kwietnia i  przejście na druga stronę. Dał mu poznać zjawisko pozwalające na zreformowanie własnego  światopoglądu odnośnie życia po życiu.

 

             W okresie prawie 40 lat naszej wspólnej przygody z życiem z tego 30 lat w Gdańsku nie jeden raz w różnych okolicznościach poruszaliśmy kwestie bytów ziemskich i sfer  duchowych. Był okres, że za zgoda Prezesa odbywały się nawet w lokalu naszej Spółdzielni  na Suchaninie na ul. Małcużyńskiego w klubie K2 spotkania pewnego środowiska miłośników mistyki chrześcijańskiej, którzy w ramach swoich szkoleń mieli również zagadnienia  przechodzenia i komunikacji między różnymi sferami życia. Oby ta wiedza, którą nasączyli  ściany Spółdzielni pomogła Ci Przyjacielu tam po drugiej stronie tej mrocznej kurtyny, która  do tej pory wisiała nad Katyniem. Wraz z Towarzyszami tej ostatniej ziemskiej podróży  zanieś Maćku pomordowanym w Katyniu, Miednoje, Charkowie i dziesiątkach nieznanych  jeszcze miejsc wiadomość, że są wolni i mogą już dziś podążać do Światła. Powiedz im aby  wybaczyli bo to jest droga do wolności. Ale przede wszystkim proś ich o modlitwę za tych co  tu zostali i administrują tym narodem. Proście dla nich o wolność, która Ty miałeś od zawsze,  mądrość, oświecenie i odwagę, którą wspominał Donald żegnając Ciebie w Katedrze aby  pojęli czym jest prawdziwa służba dla sprawy Tego Narodu .

 

 POKÓJ TOBIE PREZESIE PRZYJACIELU

 

 

:

 

 

ŚWIETLIK-REAKTYWACJA NA MARSZU ŚLEDZIA, 24 SIERPIEŃ 2013

MARSZ ŚLEDZIA WIZYTÓWKI 2

24.08.2013 Trasa po wodzie Kuźnica Rewa. www.marszsledzia.pl

W Legendach przekazywanych na tych terenach z pokolenia na pokolenie, można doszukać się opowieści o misjonarzach, którzy przychodzili po wodzie do miejscowości położonych na półwyspie helskim robiąc tym samym niesamowite wrażenie na miejscowych mieszkańcach. Prawdopodobnie ich statki rozbijały się o tzw. „mieliznę rybitwą” a dojście do brzegu dzięki istniejącym płyciznom było jedyną szansą uratowania życia. Starsi mieszkańcy półwyspu czasami opowiadają o czasach, kiedy przez zatokę chodzili na skróty na drugi brzeg do kościoła i na targ do Gdyni.

W XXI wieku, jak dotąd dokonało tego nie wiele ponad 100 osób (349 uczestników IX edycji z czego większa część uczestniczy w marszu rok rocznie). Po drodze na pewno przyjdzie przejść przez sieci rybackie zniesione na mieliznę przez sztormy, zmierzyć się z falami i zimnem, zobaczyć porzucone wraki w tym łódź podwodną ORP „Kujawiak”, „wyspę” na zatoce, tysiące ptaków zatrzymujących się na mieliźnie, aby odpoczywać, no i czyhające przegłębienia i szalejące wokół nich wiry oraz sztuczny przekop umożliwiający żeglugę pomiędzy Zatoką Pucką i Gdańską – czyli popularną „głębinkę”. W skrócie marsz składa się z czterech etapów:
1 – etap „wiary”, wchodzimy do wody i stopniowo oddalamy się od brzegu półwyspu Helskiego, jest coraz głębiej, po ok. 500 metrach zaczynamy płynąć a przed mani widać tylko wodę….wierzymy że zaraz znowu będziemy iść choć nic na to nie skazuje…
2 – etap „syndromu Mojżesza”, idziemy w wodzie po kolana a potem po wąskim pasku suchej ziemi na środku Zatoki, jak Biblijny Mojżesz, „mając mór z wody po prawej i lewej stronie”. W tym etapie poznajemy mieszkańców tej wyspy (mewy, kormorany, może kiedyś doczekamy się i fok) oraz możemy dotknąć wystające na tym odcinku wraki w tym wrak okrętu podwodnego.
3 – etap „próby”, każdy uczestnik marszu śledzia na trasie zjada specjalnie przyrządzonego śledzia (dla pokrzepienia) oraz wypija typowo marynarski napój. Wszystko po to aby móc stawić czoła ostatniemu trudnemu etapowi marszu
4 – etap „byle do brzegu”, ten etap to walka o życie, tu uczestnicy muszą pokonać sztuczny przekop w mieliznach tzw. „głębinkę” o szerokości od 700 m do 1400 m (w zależności od stanu wody i układu płycizn w danym roku). W edycji leniej ten odcinek płyniemy w wodzie trzymając się lin rzuconych za kutrami rybackimi. Kto się puści jest wyciągany z wody i ląduje na pokładzie łodzi asekuracyjnej. W edycjach extreme (jesień i wiosna) gdzie uczestnikami są osoby zawodowo
związane z morzem ten odcinek jest pokonywany wpław. Motywacją dla uczestników jest widoczny brzeg w Rewie. Koniec marszu ma zwyczajowo miejsce na końcu „Szpyrku” Rewskiego k. Krzyża.
Na środku zatoki spotkaliśmy prezesa Ligi Morskiej i Rzecznej kpt.żeglugi wielkiej Andrzeja Królikowskiego, który osobiście dokonywał pasowania uczestników na Śledzia (po spożyciu surowego śledzia, niektórym się cofało). Spotkanie było okazją do wręczenia zaproszenia na uroczystość wodowania i nadania imienia łodzi motorowej Wojtanna 3, który jest punktem startowym Programu „Edukacja na wodzie”.

Marsz Śledzia przeszedł nasze oczekiwania, miał kilka wymiarów. To było wspaniałe uczucie ludzkiej solidarności podczas trudnej przeprawy przez głębię Zatoki. Wszyscy sobie nawzajem pomagali, nie tylko wspaniała atmosfera, lecz również symboliczny wymiar. Kapitalny przejaw społecznej obywatelskości, której tak nam w kraju brakuje. Nie było ważne, czy płyniesz łodzią za milion, czy kajakiem. W przyszłym roku Świetlik-Reaktywacja wybierze się w silnej reprezentacji.DSC06430MARSZ ŚLEDZIA WIZYTÓWKI 2MARSZ ŚLEDZIA ŁACHAMARSZ ŚLEDZIA  KOSZULKADSC06622DSC06621DSC06617DSC06616DSC06610DSC06598DSC06564DSC06545DSC06531DSC06514DSC06503DSC06489DSC06478DSC06474DSC06473DSC06462DSC06460DSC06454DSC06446DSC06436DSC06434DSC06431DSC06434DSC06430

LIST OTWARTY

 Wiemy, że dla aktywizacji społeczeństwa, potrzebna jest odbudowa poczucia wspólnoty społecznej poprzez wspólne działania na swoich „podwórkach”. Temu ma służyć reaktywacja idei spółdzielni Świetlik. Idea Świetlika, do której byli członkowie mają silny emocjonalny stosunek, ma tworzyć w firmie, mieście, regionie wspólnotę, ma integrować, aby rozwój społeczny „małych ojczyzn” w regionach postępował szybciej i sprawniej. Są to działania nakierowane na budowę kapitału społecznego.

 Naszym celem jest znalezienie ludzi  z wizją rozumiejących, co decyduje o rozwoju  oraz zaszczepienie aktywności i przedsiębiorczości  w młodym pokoleniu. Mocne firmy rodzinne, rozwój ruchu spółdzielczego. Przekonanie, że dla sukcesu gospodarczego miasta, regionu potrzebne jest budowanie wielu relacji, łączących różne środowiska. Przemyślane działania, tworzące wspólnotę emocji i celów. Strona internetowa Spółdzielni Świetlik Reaktywacja ma ułatwiać wdrażanie  tych idei.

 Jako, doświadczeni w walce z niechcianym ustrojem i od ponad 20 lat borykający się ze złym prawem i nieuczciwymi urzędnikami państwowymi przedsiębiorcy wiemy, że postęp zależy nie od tego, czy ktoś z nas indywidualnie odniesie sukces, tylko od liczby korzystnych relacji w skali społecznej. Dlatego chcemy organizować  debaty, spotkania, podczas których pojawiają się cenne inicjatywy, nowe pomysły, propozycje, projekty umożliwiające powstawanie tych relacji i integrujące społeczność regionu.

Mamy już dosyć słów – haseł, obietnic w rozmowach o gospodarce, ułatwieniach i przyjaznym dla przedsiębiorców i obywateli państwie . Obietnice nic do tej pory nie zmieniły i nie zmienią.Chcemy konkretów.

Jeżeli chcesz tak jak my żyć i pracować w warunkach przewidywalnej przyszłości, to twórz ją razem z nami. Jeżeli chcesz tak jak my:

 – rozsądnych i nieniszczących przedsiębiorców i społeczeństwa podatków,

– jak najmniej urzędników i urzędów,

– mądrego i sprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości,

– skutecznej walki z korupcją, kradzieżą, oszustwami, naciąganiem i kiwaniem ludzi,

– skutecznej walki ze współczesnym niewolnictwem ekonomicznym,

– skutecznej walki przeciw bogaceniu się jednych kosztem drugich,

to przyłącz się do nas.

nasz sprawność i  skuteczność  w działaniu zależy od Twojego zaangażowania.

Kontakt z nami:   biuro@swietlik.gda.pl, s.spoleczna@swietlik.gda.pl

WSPÓLNOTA POLSKA UHONOROWAŁA WYBITNEGO POLAKA DR JANA KRASONIA

DSC06409

Dnia 20 sierpnia w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia Medalu Zasługi Wspólnoty Polskiej dla wybitnego Polaka: Dr Jana Krasonia. Dr Jan Krasoń mieszka w Denver w USA. Prowadził wielkie projekty na całym swiecie. Uznawany jest za najwybitniejszego geologa na świecie, jest „ojcem” polskiego gazu łupkowego. Medal został przyznany na wniosek Spółdzielni Świetlik-Reaktywacja.

Bardzo miła i nawet wzruszająca (osobowość Jana Krasonia) uroczystość w rodzinnej atmosferze. Obecni ze Świetlika Reaktywacji : Maciej Pytlik, Maciej Lisowski-Świetlik/Lex Nostra, Andrzej Voigt- Świetlik/Lex Nostra, Bartłomiej Korol-Nowy York, Tomasz Chodnikiewicz

Wspólnota Polska : Prezes Zarządu Longin Komołowski oraz Dyrektor Biura Krajowego Iwona Borowska-Popławska ( współorganizator Kaja Gzyło )
serdeczne podziękowanie za bardzo dobrą współpracę całemu zespołowi Wspólnoty Polskiej od Świetlika Reaktywacji.

DSC06417DSC06413DSC06411DSC06404DSC06386DSC06394DSC06396DSC06409.

Apel do Przedsiębiorców

swietlik_logo_new.png

 

Drodzy Przyjaciele,

       Reprezentuję część spośród dużej Społeczności dawnej Spółdzielni Świetlik, którą zakładałem w 83 roku wraz z moimi serdecznymi Kolegami Maciejem Płażyńskim, Jurkiem Hallem, Romanem Rojkiem, Małgosią Rojek, Markiem Kotlarzem, Jerzym Czarnieckim, Zbigniewem Gołębiewskim, Irkiem Gustem. Po 89 roku Spółdzielnia uległa rozwiązaniu/ likwidacji gdyż taka była decyzja ówczesnej Rady Nadzorczej i Zarządu jakoby w wolnej Polsce nie było sensu trwać z anachronizmem postkomunistycznym w formie Spółdzielni.

       Po tej decyzji agonia Spółdzielni trwała 4 lata.

       Dzisiaj po 20 latach wielu z nas uznało, że sytuacja społeczno-polityczna we wszystkich zakresach naszego życia staje się na tyle zła, że wymaga to reaktywacji naszej działalności. Wtedy udzielaliśmy ekonomicznego azylu ludziom Solidarności wyrzucanym na bruk przez instytucje represji państwa dzisiaj tą grupę społeczną trzeba by rozszerzyć o wszystkich polskich przedsiębiorców udzielając moralnego wsparcia dla wielu niesłusznie represjonowanych przez państwo obywateli.

            Korzystając z bazy ogromnego zaufania do łączących nas nici, które splatają się w nazwie Spółdzielnia Świetlik i Maciej Płażyński, zbieramy się pod tym symbolem, aby jednym mocnym głosem powiedzieć dość zawłaszczania przez wynaturzone i zdemoralizowane instytucje państwa w państwie wszystkich sfer życia społecznego.

           Jesteśmy grupą małych i średnich przedsiębiorców. Z naszej Spółdzielni wyszło kilkadziesiąt lub kilkaset mniejszych i większych firm rodzinnych. Walczyliśmy od roku 90-tego przez 20 lat indywidualnie z niewidzialnym, ale dobrze zorganizowanym wrogiem prywatnej inicjatywy, który bezdusznie i bezkarnie niweczył nasze wysiłki każdego niemal dnia, tygodnia, roku. Pewni swoich przemyśleń, co do „niszczyciela”, zebraliśmy się na nowo. Nie zniszczyła nas komuna, bezpieka, inne służby specjalne, ani urzędy skarbowe, ZUS-y, komornicy, sądy i prokuratura. Jesteśmy, więc niezniszczalni. Duch wolności i kreatywności nas nie opuszcza i przechodzi z pokolenia na pokolenie będąc zmorą dla „niszczyciela”.

       Wierzymy, że wkrótce będzie nas tyle, aby skutecznie przywracać właściwy porządek rzeczy. Szukamy mądrych partnerów, aby wspólnie Odrodzić Polskę.  Pracujemy nad strukturą organizacyjną Świetlika.

         W przygotowaniu jest już 10 oddziałów/przedstawicielstw w Polsce: Augustów, Ostrołęka, Warszawa, Kraków, Katowice, Wałbrzych, Dzierżoniów, Kędzierzyn Koźle, Toruń, Gdańsk.

            Jest z nami fundacja Lex Nostra, współpracujemy ściśle z Ruchem Społecznym Niepokonani 2012, którzy też weszli w grono członków Spółdzielni Świetlik. Lech Jeziorny jeden z motorów napędowych Niepokonanych, którego historię opowiada film „Układ Zamknięty” był również – członkiem i pracownikiem Spółdzielni Świetlik za czasów prezesury Macieja Płażyńskiego.

              Dołączyło do nas również Forum www.polskatomy.eu zbudowane przez naszych kolegów Świetlikowych (gorąco polecam wejście na stronę), Stowarzyszenie Stop Bezprawiu, Stowarzyszenie Afery i Bezprawie, Stowarzyszenie Pokrzywdzonych Przedsiębiorców RP i inne grupy formalne i nieformalne.

          Skupiamy się na gospodarce i obronie członków spółdzielni przed zorganizowanymi gangami urzędniczych hien żerujących na pracy i poświęceniu tych, którzy uwierzyli w hasło „bierzcie sprawy w swoje ręce ”.

            Spółdzielnia Świetlik była i jest wydarzeniem Społecznym i taki charakter ma od początku.  Będziemy ściśle współpracować z Niepokonanymi i innymi Ruchami Społecznymi w każdym projekcie służącym dobru Polskich Przedsiębiorców i jej Obywateli. Nie ma Macieja Płażyńskiego, ale zostali jego przyjaciele wierni Polsce i Jej Tradycji: Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie poważamy tych przywódców i ośrodków władzy państwowej, która nie służy Człowiekowi, Społeczeństwu i Ojczyźnie.

      Budujemy struktury gospodarcze i obywatelskie mające służyć Odrodzeniu Moralnemu i Etycznemu.

              Jestem przekonany, że połączenie naszych doświadczeń w życiu gospodarczym oraz naszego polskiego żywiołu, spontaniczności, pomysłowości i doświadczeń organizacyjnych przedsiębiorców zrzeszających się w Spółdzielni Świetlik, będzie jednym z elementów wskazujących drogi naprawy dzisiejszej, nie do końca wymarzonej rzeczywistości, która w sposób okrutny skrzywdziła tysiące uczciwych polskich obywateli.

        Koledzy i Koleżanki, ufam w Waszą intuicję i wizjonerstwo, pozwalające na przewidzenie skutków uaktywnienia wspólnej energii przedsiębiorców pod Symbolem Spółdzielni Świetlik, której Credo jest wciąż aktualne. Wszystkich, którym leży na sercu dobro naszej Ojczyzny i Narodu Polskiego zapraszamy do współpracy. Jesteśmy do Waszej dyspozycji. Przestrzeń Świetlika jest nieograniczona – „dla wszystkich starczy miejsca pod Wielkim Dachem Nieba” z przejrzystym i transparentnym Świetlikiem. Poradzimy sobie choćby miało nas być w Spółdzielni 2 mln przedsiębiorców. Z pewnością są wśród nas przedsiębiorców koledzy i koleżanki, którzy od dawna mają gotowe projekty uporządkowania takiej Świetlikowej Korporacji. Czekamy na Was!

            Po trwającej od z górą 20 lat naszej walce z wiatrakami, aby w Polsce życie i prowadzenie działalności gospodarczej było normalne- wyrósł nam instytucjonalny nowotwór na Polskiej Ziemi, żywiący się nasza energią. Kolejne rządy nic nie zrobiły, aby temu rozrastającemu się wrzodowi zaradzić. Bez cienia arogancji można powiedzieć, że kolejne ekipy w tym zakresie ponosiły klęskę za klęską. Pomimo tego pozostaliśmy ludźmi pogodnymi i z poczuciem humoru – czego dzięki Bogu rząd jeszcze nie opodatkował, bo wówczas bylibyśmy definitywnie bankrutami. Tyle o nas.

            Na marginesie: To, czego się teraz podejmujemy robimy dla naszych dzieci i ich dzieci, aby nie musiały opuszczać naszej Ojczyzny. Robimy również to dla siebie abyśmy opuszczając Ziemię kiedy staniemy przed Stwórcą mogli powiedzieć: zrobiliśmy wszystko co było w  naszej mocy. Nie zakopaliśmy żadnego talentu, który nam dałeś Boże!

Dobry Boże,

niechaj Duch Twój,

którego zesłałeś nam ponownie

poprzez Twojego
Posłańca Karola Wojtyłę

odnowi tę Ziemię ,

Polską Ziemię!

                                                                Hej! ( Jak mówią Koledzy Przedsiębiorcy z Południa)

            Korzystając z okazji oświadczam wszem i wobec, że mam się dobrze nie planuję wycieczki w góry, aby tam spaść z urwiska, nie planuje wpaść pod koła ukraińskiej lub białoruskiej a nawet polskiej ciężarówki. Nie zamierzam popełnić samobójstwa wypadając z łódki ani w żaden inny równie prymitywny sposób gdyż jestem chrześcijaninem i to Bóg zdecyduje o czasie zakończenia mojej posługi na Ziemi.

 

Tomasz Chodnikiewicz
Prezes Zarządu Spółdzielni „Świetlik-Reaktywacja”
(członek zarządu i zastępca prezesa Macieja Płażyńskiego w roku 1983)